9 Sierpień 1806
Wyruszyliśmy z Krapkowic wcześnie rano z przyprzążką, na którą czekaliśmy.
Im bliżej byliśmy Łubowic, tym mocniej biły nam serca.
Po lewej stronie widzieliśmy już Górę św. Anny spowitą szarą mgłą.
Zaczęło padać. Powietrze było chłodne, ale w nas płonął nieposkromiony ogień.
Kiedy mijaliśmy Steblów, rozglądaliśmy się, czy może ujrzymy już naszego tatę,
niestety, na próżno. Jechaliśmy przez Łany, Błażejowice i w dalszym ciągu nie widzieliśmy go.
Tutaj wysiedliśmy, aby tę złą drogę pod górę przebyć pieszo. Gdy byliśmy już w pół
drogi, patrzcie tylko! zobaczyliśmy na szczycie wzgórza białe konie i tatę wychodzącego nam naprzeciw.
O mało nie wywróciłem się z wielkiej radości.
Biegliśmy tak szybko, jak tylko mogliśmy i bez tchu rzuciliśmy się ojcu w objęcia.
Pozostali dołączyli do nas, wszyscy się przywitali, wsiedliśmy na „kiełbasę” taty
i wraz z nim pojechaliśmy w stronę lasu sławikowskiego.
Nagle padł strzał, potem kolejny i salwa ognia. Konie oszalały, a my wyskoczyliśmy z wozu.
To było na naszą cześć! Im bardziej zbliżaliśmy się do lasu, tym donośniejszy był ogień armatni.
Ja i Forche przypasaliśmy rapiery i wyciągnęliśmy je z pochwy.
Teraz pojawił się pan Pientak, pomysłodawca i sprawca wystrzałów i huku w lesie,
aby nam uroczyście zasalutować.
Podziękowaliśmy mu, zaprezentowaliśmy broń i tak towarzyszyliśmy temu kapitanowi artylerii
z wyciągniętą bronią aż za działa i muszkiety.
14 Marzec 1810
ruszyliśmy w drogę, zjadłszy wpierw zupę mleczną. Zimno, śnieg.
O godzinie pierwszej w Reńskiej Wsi, nikogo tu z Łubowic.
Zżarliśmy tylko bułki i towar z Pawłowiczek, który był w zapasie. Śpiewający,
pijany gospodarz z Szonowic z pyskiem jak wół.
Stary mały inkwizytor, zalecający się do gospodyni. Wyjazd. Okropne drogi,
gorszych pewnie już nie ma. Śnieżyce i burze. W Sukowicach przyprzężono jednego konia.
Narada i desperacja przed prawie nieprzejezdnym wzgórzem w Błażejowicach.
W końcu Wilhelm poszedł naprzód, ja za nim w pewnej odległości, a także Schöpp, szukaliśmy drogi, wołaliśmy do siebie, a wóz powoli wspinał się pod górę.
O dziewiątej wieczorem, niezauważeni, niespodziewanie wjechaliśmy na dziedziniec w Łubowicach. Ogromnie zaskoczyliśmy papę i mamę siedzących w jadalni, księdza kapelana
i Strokę, którzy właśnie wstali od stołu.
9 August 1806
Von Krappitz fuhren – wir den andern Morgen zeitig früh ab.
Das Herz pochte uns immer mehr, je näher wir Lubowitz kamen.
Schon sahen wir links den Annaberg in trübe Nebel gehüllt. Es begann zu regnen.
Die Luft war kühl, in unserm Innern aber brannte ein Feuer, das nicht zu verlöschen war.
Als wir Stöblau vorbei waren, sahen wir schon immer, ob wir den Papa nicht würden erblicken können, aber umsonst.
Wir fuhren durch Lohnau hindurch und Blazeowitz und sahen ihn noch nicht. Hier stiegen wir aus, um den schlimmen Weg den Berg hinan zu Fuß zu gehen.
Als wir ihn zur Hälfte erstiegen, siehe, da standen oben auf dem Gipfel die weißen Pferde,
und der Papa kam uns schon entgegen. Ich hätte umsinken mögen vor lauter Freude.
Wir liefen, was wir konnten, und fi elen atemlos in die Arme des Vaters.
Nun kam auch der übrige Zug nach, alles begrüßte sich,
und nun setzten wir uns auf die Wurst zum Papa und fuhren mit ihm dem Slawikauer Walde zu. Auf einmal fi el ein Schuss, dann noch einer und dann eine Kanonensalve.
Die Pferde wurden wild, wir sprangen ab vom Wagen. Es war uns zu Ehren.
Je näher wir dem Walde kamen, je mehr wurde der Kanonendonner vervielfältiget.
Ich und Forche schnallten die Hieber um und zogen vom Leder.
Nun kam Herr Sientak [Pientak?], der Urheber und Schöpfer der Knalle und des Getöses im Walde,
uns feierlich zu salutieren. Wir dankten ihm, neigten die Hieber und begleiteten diesen Artilleriehauptmann mit gezücktem Stahl bis hinter die Kanonen und Bombenkessel.
14 Merz 1810
Nach einer Milchsuppe fort. Kälte, Schnee. Um 1 Uhr in Reinschdorf, wo niemand von Lubowitz.
Bloß Semmeln und Gnadenfelder Ware, die gerade vorrätig, gefressen.
Der besoff ene Bauer aus Schonowitz singend mit einem Maule wie ein Ochs.
Der alte, kleine Inquisitor, als Sponseur der Wirtin. Fort.
Allerschrecklichste Wege. Schneegestöber und Sturm. In Succowitz ein Pferd Vorspann. Beratschlagung und Desperation vor dem fast unfahrbaren Blazeowitzer Berge. Endlich ging
Wilhelm voraus, ich folgte in einiger Entfernung und zuletzt Schöpp, suchten den Weg aus,
riefen einander zu und der Wagen kletterte langsam nach.
Um 9 Uhr abends endlich fuhren wir unvermerkt und unerwartet in den Lubowitzer Hof und überraschten im Tafelzimmer den Papa und die Mama, Herrn Kaplan und Stroka, die eben von
Tische aufgestanden, auf das Gelungenste.
Projekt „Eichendorff w Europie” żyje dzięki Waszym pytaniom i sugestiom.
Jesteśmy otwarci na pomysły związane z działalnością Josepha von Eichendorffa, zgłoszenia błędów czy propozycje nowych miejsc. Napisz, zadzwoń lub przyjdź osobiście – razem szerzmy miłość do poezji, historii i kultury europejskiej.
Projekt „Eichendorff w Europa” lebt durch Eure Fragen und Vorschläge.
Wir sind offen für Ideen, die mit dem Werk und Leben von Joseph von Eichendorff zu tun haben, für Fehlerberichte oder Vorschläge zu neuen Orten. Schreibt uns, ruft uns an oder kommt persönlich vorbei – lasst uns gemeinsam die Liebe zur Poesie, Geschichte und europäischen Kultur verbreiten.
Wszelkie prawa zastrzeżone © Łubowickie Towarzystwo Eichendorffa 2025